Wyrzucenie
ze szkoły z wilczym biletem nie było tak bolesne. Wycinanie koślawych literek
na nadgarstku bądź tworzenie litanii kresek również. Nawet śmierć rodziców w
tamtym momencie przestała być umysłową katorgą. Ta jedna wiadomość sprawiła, że
cały mój świat się zawalił. Sprzedali mnie, jak zwyczajnego kundla, zabawkę w
sklepie, kilka pomidorów na straganie. Wodospady łez spływały po moich
policzkach. Dlaczego musiałam być aż tak naiwna? Dlaczego nie słuchałam brata
wtedy, kiedy miał tę cholerną rację? Pokuta za swoje czyny będzie gorzka i
ponura. Wolałam nawet smażyć cztery litery w piekle niż zostać wywiezioną do
Tajwanu na zasadzie niewolnictwa.
Gdy
dwóch żółtków próbowało podnieść mnie z podłogi i najprawdopodobniej zapakować do
swojego wozu i wywieźć na Daleki Wschód, nie pozwoliłam im. Jakiś dziwny pokład
siły rozprzestrzenił się w mym wnętrzu. Nawet nie wiedziałam, w
którym momencie wybiegłam z gabinetu do szarej komórki. Ciężkie kroki
napakowanego fagasa płynęły za mną jak cień.
-
Wracaj, mała ruro! – wysyczał przez zęby, wyciągając wielkie łapska w moją
stronę. Przez maleńką, ale jednakże silną dawkę narkotyku w żyłach wydawał mi
się potworem, trzymającym w swych wielkich i tłustych łapach zakrwawione
narzędzia tortur.
Usłyszałam
jedynie huk i dźwięk pękającej porcelany. Facet na dopingu padł jak długi, z
obrzydzeniem dotykając rozcięcia na tyle głowy.
-
Uciekaj, Sam, uciekaj! – krzyczała Judyta, odrzucając pęknięty kubek na bok. –
Ratuj się!
Migiem
chwyciłam swoją poszarpaną torebkę i wybiegłam z klitki. Skierowałam się w
drugą stronę, do żelaznych drzwi. Mogłam jedynie dziękować Bogu na kolanach za
to, że były otwarte. Opuszczając obrzydliwą norę o moje uszy obił się
rozdzierający krzyk rudowłosej, wulgarne słownictwo bubka i trzask pękającej
kości. Wizja wolności jednakże całkowicie przesłoniła mi chęć powrotu i pomocy
koleżance. Jak z dwoma rakietami u stóp biegłam jak oszalała przez ciemny plac.
Brudnymi dłońmi chwyciłam się ogrodzenia i z kocią zwinnością pokonałam kratkowany
prostokąt. Fala światła zalała przebyte metry kwadratowe asfaltu, a wrzaski i
dźwięk odpalanych silników samochodów przecinały chłodne powietrze. Nie
zastanawiając się ani chwili dłużej, wpadłam w las. Przemieszczałam się między
drzewami w niezwykle szybki sposób. Ciągle wydawało mi się, że mnie gonią, że
zza któregoś pnia wyskoczy jeden z tych błaznów i złapie mnie w swoje obślizgłe
ramiona. Rozszerzone źrenice, dzięki działaniu prochów, urozmaicały
rzeczywistość. Tęczowe szczury tworzyły ósemki między stopami, paskudne
stworzenia obdarte ze skóry patrzyły na mnie przekrwionymi spojówkami z wyrazem
twarzy, jakby ktoś na ich oczach kastrował matkę, a odgłosy podobne do tych
zawartych w horrorach typu
psychologicznego dobijały się do moich bębenków usznych. Nie zważając na
wszystkie wariacje rozbitej od środka wyobraźni, leciałam jak na skrzydłach
przed siebie. Po kilkunastu minutach biegu trafiłam na porządnie przerzedzoną
część flory, a następnie ruchliwą ulicę. Widząc zieloną tablicę z tak dobrze znaną
mi nazwą miasta, byłam gotowa paść na kolana i ucałować rodzimą ziemię. Spodziewałam
się zupełnie nieznanego terenu, może nieco nizinnego, może typowo górskiego. Marian
i jego brygada jednak miała słabość – zbyt oklepany punkt sprzedaży.
Z
widocznym na odległość uśmiechem ponownie włączyłam akumulator i ruszyłam w
stronę głównej dzielnicy Jastrzębskiego-Zdroju. Okrzyk radości cisnął się do
mego gardła, a powieki uwalniały słone krople łez, wydobywające się z
nadmiernego szczęścia. Mnóstwo ludzi na mój widok szeptało między sobą, kręciło
z niedowierzaniem, a może pewną przekorą głową, zdarzali się i tacy, którzy
składali ręce jak do modlitwy. Kiedy dotarłam na parking samochodowy przy hali,
na którym żadne miejsce nie świeciło pustką, roześmiałam się histerycznie. To
niemożliwe, żeby mogło mi to wszystko tak łatwo pójść płazem. I tym razem
intuicja mnie nie oszukała. Porównywalnie byłam pierdolonym nadajnikiem,
którego można odnaleźć na każdym krańcu kuli ziemskiej. Na horyzoncie
zobaczyłam czerwonego jak piwonia ze złości Mariana i jego eskortę, obładowaną
niczym armia militarna.
- Tylko
cię dorwiemy, lafiryndo, a zrobimy z tobą takie rzeczy, jakich twoja wyobraźnia
nie potrafi przyswoić! – dziki ryk łysola rozniósł się na przestrzeni kilkudziesięciu
metrów.
Przerażenie
znów wypchnęło logiczne myślenie z umysłowego tronu. Pokonałam slalomem chmary
różnokolorowych aut i wpadłam do obiektu sportowego.
-
Przykro mi, spotkanie już trwa – powiedział oschle facecik za drzwiami,
lustrując mnie od góry do dołu. Wyglądałam gorzej niż hardcorowa wersja
sierotki Marysi.
- Musi mnie pan wpuścić,
błagam! – zawyłam, szarpiąc go za rękaw.
Widok
oprawców, znajdujących się zaledwie o parę metrów od wejścia, skierował mnie do
ostateczności. Nie zwracając uwagi na oburzonego mężczyznę i, delikatnie
mówiąc, wkurzonych ochroniarzy, znalazłam się w centralnym punkcie hali. Trybuny
zapełnione praktycznie w całości tworzyły wspaniałą, pomarańczową społeczność,
połączoną miłością do tego samego klubu. Mimowolnie spojrzałam na parkiet. Akurat
w tamtym momencie Misiek poklepywał Zbyszka po plecach, nikle się uśmiechając. Strzały
za plecami i jakby uderzenia ludzkiego ciała o ściany ponownie wprowadziły mnie
w fazę paniki. Z zaczynającym się rozmazywać obrazem przed oczami i nieco
plączącymi nogami pokonywałam schodki, zbliżając się do boiska. Spojrzenia
publiki wręcz paliły moje ciało. W momencie, kiedy główne wejście z trzaskiem
się otworzyło, a głośne sapanie Mariana przeleciało przez me uszy, nie
wytrzymałam.
- Michał,
Zbyszek! – krzyknęłam rozpaczliwie, czując, jakby ziemia rozsuwała mi się pod
nogami.
Obydwaj
spojrzeli na moją nędzną i wycieńczoną osobę. Na ich lica wkradło się
niepohamowane szczęście, a zarazem strach, widząc siejącą postrach wśród
kibiców bandę. Nie zważając na protesty trenera i trwanie akcji, znaleźli się
przy mnie, ściskając za poszatkowane ręce.
- Co oni
z tobą zrobili? – pytanie Bartmana było ni to troskliwe, ni to przepełnione
goryczą. Całkowicie ignorując uzbrojenie przeciwników, rzucił się na dowódcę,
powalając go na obłożoną gumolitem podłogę.
- Wtedy
ci było mało, sukinsynu? – wysyczał przez zęby. Zacisnął dłoń w pięść i z
impetem przywalił w nos bezwłosego.
- Zostaw
trochę ciała dla mnie. – wycharkał Kubiak, strzelając palcami. – Wam też
wpierdolić? – zwrócił się do pozostałej części brygady, która niczym baranki
pozostawione przez pasterza, pokiwała jedynie przecząco głowami, unosząc ręce w
geście poddania.
Mimo
podwójnego widzenia, zerknęłam na Zbyszka przygniatającego Mariana swym ciałem.
Dookoła głowy mężczyzny w średnim wieku roztaczały się plamy krwi.
-
Wystarczy, chłopcze. – jeden z
ochroniarzy, nieco poobijany, położył rękę na ramieniu zielonookiego. – My się
nim zajmiemy.
Brunet z
wielką niechęcią oderwał rękę od jego twarzy, wycierając czerwoną ciecz o
koszulkę klubową.
-
Myślisz, mała dziwko, że teraz będziesz najszczęśliwszą osobą chodzącą po tej planecie? – warknął Marian,
wypluwając krew napływającą mu do ust. – Ha, niedorzeczność. Już niedługo
pozdrowisz koleżankę po fachu. Jeszcze zatańczę poloneza na waszych grobach.
Jego słowa były jakby dźwignią, uruchamiającą nieszczęścia. Chwilę potem
uderzyłam tyłkiem o podłogę, dysząc jak parowóz. Skóra znów przybrała odcień
żółtawej, a trzęsawka opanowała całe ciało. Ostatnie, co usłyszałam przed
utraceniem kontaktu z rzeczywistością to przepełniony żalem i wściekłością okrzyk
Moniki: To ty mnie zgwałciłeś, oprychu!
~*~
A takiego ostatniego rozdziału się spodziewałyście? Byłam tak dobrotliwa i
pozwoliłam Sam zobaczyć się z Bartmanem. Zapewne będziecie główkować, jak to
zakończę. O epilogu mogę powiedzieć tylko tyle – jeszcze nigdy nie płakałam
przy pisaniu czegoś swojego, aż do teraz.
Mam taką małą prośbę – czy następnym razem, kiedy zachce mi się wypisywać
zażalenia i myśleć o usunięciu blogów, kopniecie mnie tak porządnie w dupsko?
Mimo wszystko i tak dziękuję za wszystkie ciepłe słowa, które
podesłałyście. :*
Aż ciężko mi przyswoić, że to
końcówka tej historii.