piątek, 2 listopada 2012

14. Ostatnia droga życia.


Wyrzucenie ze szkoły z wilczym biletem nie było tak bolesne. Wycinanie koślawych literek na nadgarstku bądź tworzenie litanii kresek również. Nawet śmierć rodziców w tamtym momencie przestała być umysłową katorgą. Ta jedna wiadomość sprawiła, że cały mój świat się zawalił. Sprzedali mnie, jak zwyczajnego kundla, zabawkę w sklepie, kilka pomidorów na straganie. Wodospady łez spływały po moich policzkach. Dlaczego musiałam być aż tak naiwna? Dlaczego nie słuchałam brata wtedy, kiedy miał tę cholerną rację? Pokuta za swoje czyny będzie gorzka i ponura. Wolałam nawet smażyć cztery litery w piekle niż zostać wywiezioną do Tajwanu na zasadzie niewolnictwa.

Gdy dwóch żółtków próbowało podnieść mnie z podłogi i najprawdopodobniej zapakować do swojego wozu i wywieźć na Daleki Wschód, nie pozwoliłam im. Jakiś dziwny pokład siły rozprzestrzenił się w mym wnętrzu. Nawet nie wiedziałam, w którym momencie wybiegłam z gabinetu do szarej komórki. Ciężkie kroki napakowanego fagasa płynęły za mną jak cień.
- Wracaj, mała ruro! – wysyczał przez zęby, wyciągając wielkie łapska w moją stronę. Przez maleńką, ale jednakże silną dawkę narkotyku w żyłach wydawał mi się potworem, trzymającym w swych wielkich i tłustych łapach zakrwawione narzędzia tortur.
Usłyszałam jedynie huk i dźwięk pękającej porcelany. Facet na dopingu padł jak długi, z obrzydzeniem dotykając rozcięcia na tyle głowy.
- Uciekaj, Sam, uciekaj! – krzyczała Judyta, odrzucając pęknięty kubek na bok. – Ratuj się!
Migiem chwyciłam swoją poszarpaną torebkę i wybiegłam z klitki. Skierowałam się w drugą stronę, do żelaznych drzwi. Mogłam jedynie dziękować Bogu na kolanach za to, że były otwarte. Opuszczając obrzydliwą norę o moje uszy obił się rozdzierający krzyk rudowłosej, wulgarne słownictwo bubka i trzask pękającej kości. Wizja wolności jednakże całkowicie przesłoniła mi chęć powrotu i pomocy koleżance. Jak z dwoma rakietami u stóp biegłam jak oszalała przez ciemny plac. Brudnymi dłońmi chwyciłam się ogrodzenia i z kocią zwinnością pokonałam kratkowany prostokąt. Fala światła zalała przebyte metry kwadratowe asfaltu, a wrzaski i dźwięk odpalanych silników samochodów przecinały chłodne powietrze. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, wpadłam w las. Przemieszczałam się między drzewami w niezwykle szybki sposób. Ciągle wydawało mi się, że mnie gonią, że zza któregoś pnia wyskoczy jeden z tych błaznów i złapie mnie w swoje obślizgłe ramiona. Rozszerzone źrenice, dzięki działaniu prochów, urozmaicały rzeczywistość. Tęczowe szczury tworzyły ósemki między stopami, paskudne stworzenia obdarte ze skóry patrzyły na mnie przekrwionymi spojówkami z wyrazem twarzy, jakby ktoś na ich oczach kastrował matkę, a odgłosy podobne do tych zawartych  w horrorach typu psychologicznego dobijały się do moich bębenków usznych. Nie zważając na wszystkie wariacje rozbitej od środka wyobraźni, leciałam jak na skrzydłach przed siebie. Po kilkunastu minutach biegu trafiłam na porządnie przerzedzoną część flory, a następnie ruchliwą ulicę. Widząc zieloną tablicę z tak dobrze znaną mi nazwą miasta, byłam gotowa paść na kolana i ucałować rodzimą ziemię. Spodziewałam się zupełnie nieznanego terenu, może nieco nizinnego, może typowo górskiego. Marian i jego brygada jednak miała słabość – zbyt oklepany punkt sprzedaży.
Z widocznym na odległość uśmiechem ponownie włączyłam akumulator i ruszyłam w stronę głównej dzielnicy Jastrzębskiego-Zdroju. Okrzyk radości cisnął się do mego gardła, a powieki uwalniały słone krople łez, wydobywające się z nadmiernego szczęścia. Mnóstwo ludzi na mój widok szeptało między sobą, kręciło z niedowierzaniem, a może pewną przekorą głową, zdarzali się i tacy, którzy składali ręce jak do modlitwy. Kiedy dotarłam na parking samochodowy przy hali, na którym żadne miejsce nie świeciło pustką, roześmiałam się histerycznie. To niemożliwe, żeby mogło mi to wszystko tak łatwo pójść płazem. I tym razem intuicja mnie nie oszukała. Porównywalnie byłam pierdolonym nadajnikiem, którego można odnaleźć na każdym krańcu kuli ziemskiej. Na horyzoncie zobaczyłam czerwonego jak piwonia ze złości Mariana i jego eskortę, obładowaną niczym armia militarna.
- Tylko cię dorwiemy, lafiryndo, a zrobimy z tobą takie rzeczy, jakich twoja wyobraźnia nie potrafi przyswoić! – dziki ryk łysola rozniósł się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów.
Przerażenie znów wypchnęło logiczne myślenie z umysłowego tronu. Pokonałam slalomem chmary różnokolorowych aut i wpadłam do obiektu sportowego.
- Przykro mi, spotkanie już trwa – powiedział oschle facecik za drzwiami, lustrując mnie od góry do dołu. Wyglądałam gorzej niż hardcorowa wersja sierotki Marysi.
- Musi mnie pan wpuścić, błagam! – zawyłam, szarpiąc go za rękaw.
Widok oprawców, znajdujących się zaledwie o parę metrów od wejścia, skierował mnie do ostateczności. Nie zwracając uwagi na oburzonego mężczyznę i, delikatnie mówiąc, wkurzonych ochroniarzy, znalazłam się w centralnym punkcie hali. Trybuny zapełnione praktycznie w całości tworzyły wspaniałą, pomarańczową społeczność, połączoną miłością do tego samego klubu. Mimowolnie spojrzałam na parkiet. Akurat w tamtym momencie Misiek poklepywał Zbyszka po plecach, nikle się uśmiechając. Strzały za plecami i jakby uderzenia ludzkiego ciała o ściany ponownie wprowadziły mnie w fazę paniki. Z zaczynającym się rozmazywać obrazem przed oczami i nieco plączącymi nogami pokonywałam schodki, zbliżając się do boiska. Spojrzenia publiki wręcz paliły moje ciało. W momencie, kiedy główne wejście z trzaskiem się otworzyło, a głośne sapanie Mariana przeleciało przez me uszy, nie wytrzymałam.
- Michał, Zbyszek! – krzyknęłam rozpaczliwie, czując, jakby ziemia rozsuwała mi się pod nogami.
Obydwaj spojrzeli na moją nędzną i wycieńczoną osobę. Na ich lica wkradło się niepohamowane szczęście, a zarazem strach, widząc siejącą postrach wśród kibiców bandę. Nie zważając na protesty trenera i trwanie akcji, znaleźli się przy mnie, ściskając za poszatkowane ręce.
- Co oni z tobą zrobili? – pytanie Bartmana było ni to troskliwe, ni to przepełnione goryczą. Całkowicie ignorując uzbrojenie przeciwników, rzucił się na dowódcę, powalając go na obłożoną gumolitem podłogę.
- Wtedy ci było mało, sukinsynu? – wysyczał przez zęby. Zacisnął dłoń w pięść i z impetem przywalił w nos bezwłosego.
- Zostaw trochę ciała dla mnie. – wycharkał Kubiak, strzelając palcami. – Wam też wpierdolić? – zwrócił się do pozostałej części brygady, która niczym baranki pozostawione przez pasterza, pokiwała jedynie przecząco głowami, unosząc ręce w geście poddania.
Mimo podwójnego widzenia, zerknęłam na Zbyszka przygniatającego Mariana swym ciałem. Dookoła głowy mężczyzny w średnim wieku roztaczały się plamy krwi.
- Wystarczy, chłopcze.  – jeden z ochroniarzy, nieco poobijany, położył rękę na ramieniu zielonookiego. – My się nim zajmiemy.
Brunet z wielką niechęcią oderwał rękę od jego twarzy, wycierając czerwoną ciecz o koszulkę klubową.
- Myślisz, mała dziwko, że teraz będziesz najszczęśliwszą osobą chodzącą po tej planecie? – warknął Marian, wypluwając krew napływającą mu do ust. – Ha, niedorzeczność. Już niedługo pozdrowisz koleżankę po fachu. Jeszcze zatańczę poloneza na waszych grobach.
Jego słowa były jakby dźwignią, uruchamiającą nieszczęścia. Chwilę potem uderzyłam tyłkiem o podłogę, dysząc jak parowóz. Skóra znów przybrała odcień żółtawej, a trzęsawka opanowała całe ciało. Ostatnie, co usłyszałam przed utraceniem kontaktu z rzeczywistością to przepełniony żalem i wściekłością okrzyk Moniki: To ty mnie zgwałciłeś, oprychu!

~*~

A takiego ostatniego rozdziału się spodziewałyście? Byłam tak dobrotliwa i pozwoliłam Sam zobaczyć się z Bartmanem. Zapewne będziecie główkować, jak to zakończę. O epilogu mogę powiedzieć tylko tyle – jeszcze nigdy nie płakałam przy pisaniu czegoś swojego, aż do teraz.

Mam taką małą prośbę – czy następnym razem, kiedy zachce mi się wypisywać zażalenia i myśleć o usunięciu blogów, kopniecie mnie tak porządnie w dupsko?
Mimo wszystko i tak dziękuję za wszystkie ciepłe słowa, które podesłałyście. :*

Aż ciężko mi przyswoić, że to końcówka tej historii.