Muzyka.
„Może sprowadziłam burzę,
proszę, wybacz mi.
Moja słabość spowodowała twój ból.”
Światła kogutów przerzedzające egipską ciemność. Przeraźliwe wycie karetki pogotowia. Wrak samochodu, który z impetem uderzył w drzewo. Dwa ludzkie ciała leżące kilka metrów od maszyny, blade jak ściana, pływające w kałużach czerwonej cieczy, pozbawione bicia serca, oddechu, przepływu krwi. Chmary policjantów rojące się wokół makabrycznego pobojowiska.
- Co tym razem, młodzieńcze? – pyta aspiranta sierżant, który dopiero przybył na miejsce tragedii.
- Kierujący najprawdopodobniej stracił panowanie nad pojazdem i uderzył w pień tego dębu.
- Co z nim?
Młodszy gliniarz wzdycha, palcem wskazując na dwójkę nieboszczyków.
- Nie żyje, tak jak i jego żona.
Policjant ze stażem zbliża się do ofiary płci męskiej. Przygląda się jego twarzy. Nie wierzy. Oczy zachodzą mu łzami. Serce wali jak oszalałe z rozpaczy.
- Szefie? – aspirant chwyta go za ramię.
- Jarek Kubiak. – pociąga nosem, nie ukrywając już wodospadu wylewającego się zza powiek. – Mój najlepszy przyjaciel.
Szlocha. Jeszcze kilka dni temu bawił się z nim na rodzinnym grillu, dowcipkował, rozmawiał o rozwoju kariery jego syna i nagłej buntowniczości córki. Teraz już wie, że na tym świecie więcej nie usłyszy jego głosu, nie zobaczy wiecznie roześmianych oczu i lica, nie zdenerwuje się na kpiące "Marku, znów przytyłeś". Nie zasmakuje przepysznego ciasta żony Jarosława, nie będzie rozkoszował się jej melodyjnym śpiewem, którym go zachwycała podczas towarzyskich spotkań.
Gwałtowne hamowanie wytrąca go ze wspominków. Widzi górującego wzrostem nad wszystkimi chłopaka i jego siostrę. Biegną w jego kierunku, a przerażenie na ich twarzach maluje się z każdym pokonanym centymetrem.
- Przykro mi, synu. Nic się nie da zrobić – opiera dłonie na wyrzeźbionej klatce piersiowej szatyna.
Młody Kubiak zaciska usta, powstrzymując się od płaczu. Chce pokazać siostrze, że jest twardy w każdej sytuacji. Ale jej przy nim nie ma. Klęczy przy ciele matki, swoim krzykiem płosząc ptactwo ukryte w drzewach.
- Sam! – sierżant odciąga brunetkę od kobiety. Nastolatka szarpie się z nim, wbija paznokcie w obumarłą skórę rodzicielki, bada kontury jej martwej twarzy.
- Zostaw mnie! – wrzeszczy. – Chcę być przy niej, rozumiesz?!
- Kochanie. – odgarnia przyklejające się do jej twarzy kosmyki włosów. – Mamy już nie ma. Chodź ze mną, zaopiekuję się tobą.
- Nie! – wyrywa się z jego silnego uścisku. Łzy płynące po policzkach spadają na ziemię i odbijają się od jej powierzchni. Dopada Michała i przytula go z całej siły. – Tylko ty możesz się mną opiekować, tylko ty możesz przy mnie być.
- Oczywiście, siostrzyczko. – szepcze, zatapiając usta we fryzurze brunetki. – Będę i obiecuję, że uchronię cię przed wszystkim.
„Ona sama siedzi znów,
przypomina sobie chwile, których już
nie przeżyje nigdy więcej drugi raz.
Za szybko ściga ją ten czas.”
Ułożona i pilna uczennica, uczęszczająca do jednego z najlepszych liceów w mieście, wiernie kibicująca swojemu bratu, kochana przez niejakiego Bartmana ze wzajemnością. Taki bieg wydarzeń mogłam spisać jedynie na papierze, układać w swojej głowie jako różowy scenariusz. Rzeczywistość była zupełnie inna, gniła z każdym dniem, wplątywała się w chaszcze i zadrapywała przez kolce. Straciłam wszystko z własnej woli. Zamiast chodzić jak każda nastolatka do szkoły, wolałam popijać z koleżanką w parku i hurtowo wypalać papierosy. Zamiast uczestniczyć w lekcjach, wolałam przesiadywać w szkolnej, zafajdanej toalecie. Zamiast szukać normalnej pracy, przez pryzmat dużej ilości pieniędzy wolałam ocierać się ciałem o wąski, metalowy walec. Zamiast słuchać brata, wolałam robić mu na przekór, doprowadzając do ruiny jego psychikę. Zamiast odkryć charakter i urok Zbyszka na początku, wolałam drzeć z nim koty i wywoływać awantury na schemacie Trudnych Spraw. Byłam kupką gnoju zlepioną przez owada, która stoczyła się na samo dno. Mogłam mieć wszystko – świetlaną przyszłość, wspaniałego faceta przy boku i idealne stosunki z bratem. Przejebałam wszystkie życiowe wartości dla kaprysu. Chciałam być wyjątkowa, chciałam być tym popierdolonym wyrzutkiem, czarnoskórą wśród skośnookich. Tylko co wyjątkowego było w niszczeniu siebie samej? Moja skóra przeżyła podobne katorgi co trędowaty, a sumienie obarczało więcej grzechów niż u mordercy czy gwałciciela. Cholerna księżniczka, która do różowego królestwa wypełnionego miłością i spokojem, wprowadza czerń, chaos i brud. Dziecko, które zamienia maskotkę na sztylet. Pingwin, który rzuca się z wysokości, wierząc, że pofrunie.
Obracałam śmiertelną tabletkę między palcami. Nie dochodziły do mnie pikania sprzętu szpitalnego, harmider na korytarzach i stukot chodaków. Całą swoją uwagę skupiłam na tym maleństwie, hipnotyzującym jak talizman. Łzy ciekły po mojej twarzy, tworząc wielkie rozgałęzienia na policzkach. Nie widziałam innego wyjścia z tej sytuacji. Nałogowo wbijałam noże w serca najbliższych, policzkowałam słowami, załamywałam czynami. Tylko w taki sposób mogłam ściągnąć z ich serc całą tę kupę szumowiny, podpisaną moim imieniem i nazwiskiem, odgrodzić murem od wszelkich nieszczęść. Popłaczą, troszkę się posmucą, ale zapomną. Zaczną lepsze, piękniejsze życie, bez kuli u nogi w mojej postaci.
Przytknęłam lewą dłoń do ust. Ostateczny strzał wylądował na języku, a następnie powędrował do dalszych narządów układu pokarmowego. Ostatni ‘posiłek’ w moim marnym życiu.
„Zostań, kotku, to jeszcze nie pora.
Nadal kocham, nadal serce woła.
Wylećmy w przestworza,
rozpal uczuć pożar.”
- Sam? – postać Zbyszka pojawiła się w maleńkiej salce. – Kochanie, jak się czujesz?
Nie odpowiedziałam. Czułam się, jakby ktoś obwinął mi bandażem struny głosowe, uniemożliwiając im drganie. Nawet krótkie westchnienie było rzeczą niewykonalną dla mojego gardła.
- Czemu nic nie mówisz? – pytał zatroskany, błądząc palcami po skórze mojej twarzy.
Przyciągnęłam go do siebie, całując zapamiętale. W głowie szumiało mi jak po pochłonięciu hektolitrów alkoholu, obraz rozmazywał się jak żelowy długopis po przetarciu kartki dłonią. Miażdżyłam jego wargi, wplatałam na przemian dłonie w ciemne włosy zielonookiego. Łzy ściekały na jego szyję, spływając w kierunku torsu. Smakowałam tych ust i dotykałam szorstkich policzków po raz ostatni.
- Hej, skąd ten płacz? – przerwał chwilę czułości, wbijając we mnie zielone oczy. Oczy, które swoją intensywnością i stanowczością roztapiały zmysły.
Nie odezwałam się, gdyż tabletka pozbawiła mnie możliwości wydawania dźwięków. Wtuliłam twarz w szyję Bartmana, obmywając ją fontannami łez.
- Skarbie, będzie dobrze. – złapał moją głowę w obie dłonie. – Wyjdziesz ze szpitala, pojedziemy na przepyszny obiad do Kubiaków, przeprowadzimy się do Rzeszowa, gdzie odchowamy gromadkę siatkarskich dzieci. Co ty na to?
Zacisnęłam powieki. Nie wiedział, że nie będzie obiadu, nie będzie mojej przeprowadzki, to nie ja dam mu potomstwo.
Wygrzebałam z poszarpanej torebki karteczkę i długopis. Trzęsącą dłonią nabazgrałam rozkaz.
- Zamknij drzwi? – odczytał na głos, unosząc jedną brew do góry.
Nie pytał dlaczego, zrobił to z automatu. Usiadł z powrotem na rogu łóżka, obserwując, jak kreśliłam cały płynący z serca monolog.
- Zibi. – zaczął czytać, a z każdym kolejnym słowem jego piękne tęczówki szkliły się jak tafla jeziora. – Nasza ziemska miłość już niedługo się zakończy. Nie zobaczysz, jak mój brzuch, chroniący twojego potomka, rośnie, nie będziesz śmiał się z pojawiających zagłębień i zmarszczek na mojej twarzy, nie będziesz wyrywał siwych włosów na mojej głowie. Ja umieram, dobrowolnie. Popełniłam powolne w skutkach samobójstwo. Wiedz, że nie zrobiłam tego, aby cię zranić, wprowadzić w głęboki stan melancholii czy doszczętnie dobić. Zrobiłam to po to, abyś mógł być tak prawdziwie szczęśliwy. Znajdź sobie wspaniałą kandydatkę na żonę, spłódź dzieci i opiekuj się Michałem. Mimo, iż nie będziesz mnie widział, ja zawsze będę przy tobie.
Jego pociąganie nosem roznosiło się po całym pomieszczeniu, przeplatane z westchnieniami rozpaczy.
- Sami, dlaczego? – łykał łzy i masował moją rękę. – Powiedz, że można to jeszcze odwrócić, powiedz, że to tylko głupi żart.
Zakręciłam głową w znaczeniu negatywnym. Bóg jakby chwilowo dał mi szansę na piękne zakończenie żywotu.
- Zrobisz coś dla mnie? – wycharkałam świszczącym głosem. Coś potwornie zaczęło mnie dusić w klatce piersiowej.
- Wszystko, czego tylko zapragniesz – wyszeptał, czule całując mnie w czoło.
- Kochaj się ze mną, ten ostatni raz.
Spełnił moją prośbę.
„Pomyśl jak to był dla nich ból,
wiedząc że w końcu odejdzie znów,
wiedząc, że w końcu nadejdzie czas,
że wezwie ją do góry, że odejdzie w dal.”
Ostatni oddech. Ostatnie uderzenie serca. Ostatnie poruszenie palcami. Ostatnie łzy, w których zawarte były wspomnienia. Ostatnie przelatujące przez głowę Kocham cię. Postacie rodziców wyłaniające się z sufitu. Melodyjne Chodź do nas, córeczko, chodź do lepszego świata, świata bez problemów. Ręce wyciągnięte w jej stronę, pozbawiające ciała duszy. Szybki odwrót głowy. Spojrzenie na swoje marne mienie, oddalające się z każdym przebytym metrem. Objęta przez mamę, płynie do góry, między chmurami, między fruwającymi w przestworzach ptakami. Płynie do miejsca, które sama wybrała.
„Gdy cię nie ma,
każdy kawałek mojego serca za tobą tęskni.
Gdy cię nie ma,
tęsknię za twoją twarzą, którą znam,
Gdy cię nie ma,
słowa, które potrzebuję usłyszeć by przebrnąć przez dzień
i czuć się dobrze
to: tęsknię za tobą.”
Zapłakany Michał usiadł obok niego. Stykali się głowami, a emocje targające ich wnętrzami wylewały się na powierzchnię.
Ciepły wietrzyk owionął Zbyszka. Obrus na pobliskim stoliczku wyraźnie się poruszył. Poczuł delikatne muśnięcie ust na swoich wargach i charakterystyczny zapach jej perfum.
Nie płacz, kochanie, jestem tuż obok i zawsze będę przy tobie czuwać, usłyszał jej ciepły głos. Oczami wyobraźni widział ją klęczącą przed sobą, tak słodką i piękną jak zawsze. Uśmiechnął się. Tak naprawdę stracił ją tylko cieleśnie. Duchowo nadal byli wspólnotą, połączoną niezerwaną więzią. Za te kilkadziesiąt lat znowu ją zobaczy, znowu oszaleje na jej punkcie i posiądzie ją. Na zawsze.
~*~
Łzy zalewają mi klawiaturę. Dziękuję za to, że byłyście, że czytałyście, że znosiłyście moje humorki i okropne okresy w życiu. Każdej z osobna i wszystkim razem. Kilka miesięcy temu nie uwierzyłabym, że tak liczne i wspaniałe grono będzie czytać moje wypociny.Żegnamy się z niezbyt długą, jednakże cholernie dla mnie ważną historią Sam i Zbyszka.
Jeśli tak na końcu mam być szczera, to to napiszę – trzy dni temu zmieniłam epilog na szczęśliwe zakończenie, ale… usunęłam go. Przepraszam. Wiem, że większość liczyła na happy end, ale nie tym razem.
O ile nie znudziła was moja pokręcona twórczość, to zapraszam na coś zupełnie odmiennego, o wiele bardziej wulgarnego:
Jeszcze raz dziękuję, za wszystko. <3